piątek, 16 sierpnia 2013

korelacja czwarta.

Walentyna

Kłamstwo jest jak trąba powietrzna, która niszczy wszystko to, co spotka na swej drodze? A może jest jak lawa, która zabiera w swoje posiadanie cały ludzki dorobek, zamieniając go w zgliszcza? Markowanie to cackanie się ze swoim losem, zabawa w zabarwianie kołtuństw na jakikolwiek pozytywny kolor? Czy raczej doczepianie swojemu sumieniu ogona właśnie w postaci kłamstw, ciągnącego się na każdym kroku i łapiącego wszelkie gówna, jakie otaczają przemierzany przez niego krajobraz? Tobie samej ciężko odpowiedzieć, nawet lakonicznie, na jakiekolwiek z tych pytań. Brak wiedzy, niechęć, trzymanie się na dystans od kwestii dotykających takiego tematu? Chyba po cząsteczce z każdego aspektu.
Kłamanie nie jest ci na rękę. Nie lubisz tego uczucia, kiedy jakieś cholerstwo w głowie wypomina ci zatajenie prawdy, kiedy twój układ nerwowy przyprawia cię o metaforyczny dyskomfort na sercu. I dlatego jej powiesz. O wszystkim, nie zatajając ani minuty felernego spotkania sam na sam z panem napalonym. Najlepiej od razu po przekroczeniu progu mieszkania.

Czujesz się poniekąd wyobcowana wśród kobiecej republiki dzięki swojej neutralności do zakupów. Nie znosisz biegania, czy to pomiędzy półkami spożywki i przemysłu, czy to pomiędzy stojakami ubrań od dzieciaka. Nie uśmiecha ci się ulotność czasu dzięki buszowaniu po centrach handlowych lub bazarkach. Nie potrafisz zadomowić się w nich jak w swoim drugim domu, spędzać tam przynajmniej połowę dnia. To nie twój świat. Afrodyty owszem. Może dlatego przystałaś na taki kompromis, może dlatego co trzeci dzień to właśnie ty zakupujesz te najpotrzebniejsze do codziennego życia produkty?

Czasami żałujesz, że nie odłożyłaś na samochód. Nieekologicznie, budząco odrazę wśród wielbicieli zielonego kolorku na każdym kroku Rzeszowa? Dla ciebie nieistotne. Najważniejsze, ażeby ręce ci nie odpadły, aby stawy nie odmawiały posłuszeństwa po przebyciu chociażby kilkudziesięciu kroków z ważącymi chyba tonę tobołami. Zniesiesz nawet stanie w korku, słońce intensywnie nagrzewające wnętrze auta, wleczenie się w tempie ślamazarnością porównywalnym ze ślimakiem. Byleby donieść to bez przemęczania się, bez obkładania w następstwie obolałych mięśni górnych kończyn lodem.

- Nie znalazłaś sobie jeszcze parobka do pomocy przy zakupach?
Poniekąd czujesz ulgę, nawet jeśli tylko tę fizyczną, poprzez lądujące na niekoniecznie równym chodniku siatki z prowiantem. Bo to uczucie znów ogarniające sumienie do takiego pokroju nie należy. Tym bardziej po widoku jego uśmiechniętego od ucha do ucha dzioba tuż pod twoją klatką.
- Pewnie taki chłopaczek nie byłby żadnym problemem, gdybym sypiała i kochała przedstawicieli jego płci, a nie tej, którą sama reprezentuję.
- A już tak nie robisz? - znów ukazuje dwa rzędy białych, bo o równości można zapomnieć, zębów.
- Chyba nie znasz definicji słowa "kochać", bruneciku.
- Chodziło mi raczej o ten drugi czasownik, dziewczynko.
Subtelnie dotknięty szarością T-shirt, wytarte jeansy z nie do końca zapiętym rozporkiem, zero zarostu i żyjących własnym życiem włosów. Na inne by podziałał. Na ciebie w ogóle nie działa. Tym bardziej w pełnym ubiorze. Poniekąd.
- Czy twój szanowny kuper mógłby się stąd już zbierać? - bąkasz z przekąsem, wiedząc, że lody zapewne zmieniły już stan skupienia.
- Już? Tak bez żadnej niespodzianki, nagrody?
- Nie bałamuć, kochasiu, dostałeś swój prezencik, wybrzuszenie w spodniach mówi samo za siebie.
- Nie wiesz, że jestem zachłanny i lubię prezenty w liczbie mnogiej?
- Tak trudno zauważyć, że do grona Mikołajów nie należę?
- Zawsze można się przebranżowić. Twoja dziewczyna potrafi to zrobić bez żadnego zająknięcia. No, powiedzmy.
- Odpieprzysz się w końcu od Afrodyty?! - jeszcze bardziej gnieciesz jego koszulkę, zostawiając na niej piramidki po swoich palcach. - Bawi cię pasożytowanie w czyimś związku?
- To nie związek, to patologia - nadal się śmieje, cynicznie, nawet po śladzie twojej dłoni odciśniętej na jego twarzy. - Aż tak ci na niej zależy? Okej, odpieprzę się. Pod jednym warunkiem.
- Jakim?
- Wiesz jakim.
- Zapomnij, nie wyliżę ci go po raz drugi.
- A ja wyliżę Afrodytę, i do drugiego razu bankowo się nie ograniczę.
- Bezczelny.
- Ale dobry w te klocki. Idziesz ze mną czy jeszcze kilkanaście razy mam zabrać twoją dziewczynę na szczyty przyjemności?
- To szantaż.
- Nie. To próba rozpierdolenia tego cholerstwa, które wy nazywacie miłością.

Chyba jakiś zły duch zabiera z twojego wnętrza wszelkie aspekty dotyczące moralności. Nie rozumiesz, dlaczego to robisz. Nie wiesz, czemu serce huczy i niemym krzykiem bluzga w twoją stronę od puszczalskich szmat, a mózg podpowiada, że to ostatni raz, że następną taką akcję będziesz mogła sobie jedynie wyimaginować. Powinnaś ufać organowi pompującemu krew. Więc dlaczego powierzasz swe zaufanie wiecznie mylącej się galarecie? Kolejna zdrada, kolejne zatajenie prawdy? Nie po raz pierwszy. Ale po raz ostatni.
Wrzucasz wszelkie produkty albo do lodówki, albo do poszczególnych szafek. Jak najszybciej, bez względu na dokładność, na delikatność owoców i sypkość cukru czy mąki.
- Walentyna? - widzisz jej nieco zmizerowaną twarz w progu niewielkiej kuchni, poplątane włosy i wilgoć od potu na całej długości szyi. - Możemy porozmawiać?
- Pogadamy, jak przyjdę, dobrze? - unikasz jej wzroku. Wiesz, że by cię rozgryzła.
- A gdzie idziesz? Przecież dopiero co przyszłaś...
- Zapomniałam czegoś kupić.
- Czego?
- Ciastek - wymyślasz na szybko, tak na poczekaniu. - Mam wielką ochotę na ciastka. Niedługo wrócę.
- Wally, proszę! - chwyta cię za ramię w korytarzu, zmuszając do spojrzenia w niebieskie tęczówki. - Muszę ci powiedzieć coś ważnego.
- To może poczekać.
- Nie, nie może! - jej ton głosu podchodzi pod płaczliwy. W normalnej sytuacji nogi znacznie by ci zmiękły, nie wspominając o rosnącym ciężarze na sercu. Ale teraz nie mogą. Nie mogą dać jeszcze większej satysfakcji donżuanowi numer jeden na terenie całego Podkarpacia.
- Uwierz, może. Bo ja też muszę się z tobą czymś podzielić - składasz delikatny pocałunek na jej spierzchniętych ustach. - Prześpij się, będę w domu, zanim sen zniknie spod twoich powiek.


Zapachowa mieszanina mocnych męskich perfum przeplatanych z delikatnym odorem niewypranych ciuchów, ślady po psich pazurach na dolnych partiach ścian, kawałki żarcia dla zwierzaka wegetujące pod przezroczystym stołem, śladowe ilości bielizny na podłodze sypialni, na co dzień raczej goszczące w damskiej garderobie, lśniąca na błysk, jakby w ogóle nieprzydatna kuchnia, stos krzywo stojących płyt tuż przy ogromnym telewizorze, roznegliżowana kobieta na obrazie wiszącym w korytarzu. Na ogół typowo po męsku. Wizualnie. Mentalnie zapewne można by pukać do bram piekła.
- Słuchaj...
- Zbyszek.
- Poważnie? - ledwie powstrzymujesz się od parsknięcia śmiechem, zaciskając zęby na dolnej wardze. Jego twarde spojrzenie ani śni żartować. - Będą mi dzisiaj potrzebne ręce?
- Skąd takie pytanie?
- Bo mnie bolą.
- Przestaną boleć, i to w błyskawicznym tempie.

Twoje notorycznie otwarte usta praktycznie mogłyby czekać na tę wielką męskość. Ale nie czekają. Nie zdrętwiała ci szczęka i przez to nie możesz zatrzasnąć warg. To przez niego. Przez wannę pełną wody i zapachowej soli, subtelne rozbieranie cię z ubrań i ponowne badanie dłońmi struktury twojej skóry zmaterializowanej na całym ciele.
- Brałeś coś na uspokojenie?
- O nic nie pytaj. Pozwól mi działać.
Nie pojmujesz jego zmian nastroju. Łatwiej byłoby przewidzieć reakcję kobiety w ciąży, ewentualnie przed okresem, niż jego. Jest jak mina w ludzkim ciele. Nigdy nie wiesz, kiedy wybuchnie, nawet w innym znaczeniu tego słowa.
Ciepła ciecz okalająca twe mienie nie ma żadnego znaczenia. To jego dłonie są w centrum zainteresowania. Tak przyjemnie krążące po twoich ramionach, tak kusząco stymulujące łopatki, tak pieszczotliwie wykonujące rozmaite ruchy na twoich górnych kończynach i karku, tak sentymentalnie duszące obolałe mięśnie. Łagodnie masujące.
- Brałeś jakieś kursy masażu? - mruczysz, pozwalając rozkoszy opanować twój głos.
- Poniekąd tak.
- Poniekąd?
- A czterdziestominutowe porno się liczy?
Żadna odpowiedź nie wymyka się z twoich ust. Za to on wymyka się ze swoich ubrań, w lamparcim tempie lądujących na kafelkach. Materializuje się wewnątrz wanny, tuż pomiędzy twoimi nogami. Które, de facto, sam rozłożył na boki łazienkowego mebla.
- I co by tu z tobą zrobić? - znów się uśmiecha. Ale jakoś dziwnie. Tak... łobuzersko?
- Mam ci podpowiedzieć? - brodzisz palcem po kilku nasączonych wodą włoskach na jego klatce piersiowej. - Pozwól mi teraz wrócić do domu i cieszyć się Afrodytą. Tylko Afrodytą.
- Nie jestem aż tak łaskawy, kochanie.
Chcesz powiedzieć, aby tak cię nie nazywał. Jednak zamiast frazy z twoich ust wypływa przeciągły jęk. I nie czujesz już tylko tej z minuty na minutę wychładzającej się i pachnącej jaśminem wody. Czujesz jego palce tam, w środku, jeden, dwa, trzy, może więcej, wybijające swój własny rytm, łagodnie pieszczące wnętrze twojej pochwy. Nie patrzy na unoszącą się pod działaniem jego ruchów ciecz. Spogląda wprost w twoje oczy. Na pół przymknięte, opętane mgłą przyjemności. Zapomina o jakimkolwiek przyśpieszaniu. Wsuwa je powoli, sentymentalnie, kciukiem muskając przewrażliwioną łechtaczkę. Delikatnie obraca nimi już wewnątrz ciebie, dotyka ich nasadą ścianek jednej z części twojego kanału rodnego. A ty chyba wolisz szybkie pieprzenie. Bo nie skupiasz się wtedy na każdym ruchu. Skupiasz się na ogóle.
- Mógłbyś szybciej? - kwilisz, starając się zahamować zacisk mięśni pochwy. Bezskutecznie.
- Magiczne słowo.
- Znasz jakiekolwiek z nich? - nie panujesz nad machinalnym prychnięciem.
- Nie to nie.
Robi ci na złość. Naumyślnie jeszcze wolniej wprowadza palce do twojego cudem nieeksplodującego wnętrza, wkłada je jeszcze głębiej. Wiesz, że bankowo zostawiasz na nich swój nadmiar wilgoci. I masz świadomość, że dłużej tak nie ujedziesz.
- Proszę, Zbyszku. Bardzo ładnie proszę.
Szczerzy się rozbrajająco, przy okazji doprowadzając cię do uczucia pustki. Tylko chwilowej. Bo kilka sekund później znów czujesz się pełna. Wypełniona dzięki jego naprężonemu członkowi.
Nie bierze cię w posiadanie jak w jakimś rasowym porno. Nie pieprzy cię jak wyciągniętą rodem z burdelu dziwkę. Sprawia przyjemność sobie, tobie, wam obojgu naraz.
Znów wpatruje się w twoje oczy, wisząc twarzą naprzeciwko twojej twarzy. Wyłapuje wszelkie piski o rozmaitości decybelowej, specjalnie dociskając swe genitalia mocniej do twego ciała. Dość subtelnym klimatem seksualnym i ruchami nie wywołuje dyskomfortu przy głębszych posunięciach. Wręcz przeciwnie. Automatycznie dostajesz orgazmu, kiedy czujesz go całego, kiedy jądra bruneta uderzają o nasadę twojej pochwy. Nie śpieszy się z intensywnością. Może dlatego po czasie oplatasz go nogami w pasie i pozwalasz błądzić jedną męską dłonią po twoich piersiach?
- Ile orgazmów jesteś w stanie wydobyć ze swojego ciała podczas jednego zbliżenia?
- Nie sprawdzałam.
- A ja mogę?
Nie liczysz. Tracisz całą rachubę po wegetacji na jego udach, innej niż dotychczas penetracji i biuście wystawionym na pastwę jego namolnych ust.
Bo o straconej nad sobą kontroli chyba nie trzeba wspominać?

~*~
Zbyś także raz na jakiś czas musi być grzeczniejszy.
tak tylko ociupinkę.

coraz mniej tej zmysłowości.
wypadałoby to zmienić.

ważne info - w przyszłym tygodniu oddaję laptopa do naprawy, więc o nowych dwóch rozdziałach NIE POINFORMUJĘ, gdyż dodam je z telefonu. mogę co najwyżej walnąć w opisie na tym marnym i zawieszającym się gadulcu informację o nowych fragmentach. :)